Jak prawie dostałem Pulitzera. Piotr Piłat, dziennikarz.

Jak nie dać się zabić dla zdjęcia? Kulisy pracy dziennikarzy w rejonie konfliktu (oraz jak prawie dostałem Pulitzera).

piotr pilat medialeaders

Kulisy pracy korespondenta wojennego

Libijskie miasto Bengazi nie było miejscem przewidywalnym w marcu 2011 roku.
Trwała kontrofensywa wojsk rządowych przeciwko rebeliantom, którzy wzniecili jedną z najbardziej spektakularnych rewolt arabskiej wiosny, dążąc do obalenia dyktatora Muammara Kadafiego. Zanim to im się udało, trwał moment niepewności, kiedy państwa zachodnie pod przewodnictwem Francji i USA decydowały, czy chcą się militarnie mieszać w konflikt. W trakcie, gdy decydenci dyskutowali w Paryżu nad ewentualną interwencją w obronie rebeliantów, stanowiących mieszankę grup o szerokim wachlarzu ideologii i interesów, mała grupa dziennikarzy agencji Reuters towarzyszyła ich wycofującym się w błyskawicznym tempie bojownikom. Przy miażdżącej przewadze ogniowej, artylerii, lotnictwie, kolumnom pancernym, wojska Kadafiego zdobywały większość straconego tygodnie wcześniej terytorium praktycznie bez walki, miażdżąc wszystko, co napotkały na swojej drodze. Bez wsparcia z zewnątrz rebelia wygasła by równie szybko, jak się zaczęła.
Obserwowaliśmy to z przerażeniem. My – dziennikarze – zawsze mogliśmy wrócić do Egiptu, jakieś osiem godzin jazdy samochodem na wschód. Co jednak się stanie z ludźmi, którzy odważyli się sprzeciwić dyktatorowi? Spotykaliśmy wśród nich lekarzy, inżynierów, nauczycieli – takich samych, jak my oraz nasi znajomi w Europie. Walczyli zaciekle i z olbrzymią wiarą w swoja sprawę oraz jeszcze głębszą – w swoją religię.

piotr pilat dziennikarz

Allahu Akbar – Bóg jest wielki

Dwa przypadki, które mi się utrwaliły szczególnie mocno, to kiedy do szpitala polowego niedaleko Misraty przywieziono rannego bojownika z odłamkiem w płucu. Wył z bólu, szczególnie gdy lekarze z amerykańskiej organizacji charytatywnej wsuwali mu sondę przez ten sam otwór, przez który odłamek trafił do płuc. Jego brat, którego znałem z wcześniejszych wizyt na froncie wokół Misraty podszedł i powiedział do niego dwa słowa: Allahu Akbar – czyli Bóg jest wielki. Mężczyzna na łóżku natychmiast zamilkł i słychać było jedynie sporadyczne jęki bólu, gdy lekarze wykonywali zabiegi, które w końcu uratowały jego życie. Stojąc tak przy rannym bracie bojownik odwrócił się do mnie i powiedział: „szkoda, że jest nas tylko trzech braci, i tylko tylu może polec w walce”.

W Libii, a szczególnie konserwatywnej religijnie Misracie, dziwiło mnie dlaczego tak często powtarzane jest Allahu Akbar. Okrzyk towarzyszył każdej salwie, zarówno ze strony wroga, jak oddanej w jego kierunku. Potem się dowiedziałem, że to jest „na wszelki wypadek” – żeby umrzeć z imieniem Boga na ustach, jeśli to Ciebie dosięgnie kula.

Innym razem jechaliśmy w kierunku miasta Zlitan, które było zdobywane przez rebeliantów, aby otworzyć korytarz z Misraty do położonej na zachód stolicy Trypolis dla ostatecznej ofensywy w święty miesiąc Ramadan. Nasze auto, prowadzone przez nadgorliwego mężczyznę, którego funkcja była dla nas niejasna – chyba był odpowiedzialny za zaopatrzenie, ale marzyła mu się sława frontowa – w pewnym momencie zaczęło mijać coraz więcej pojazdów rebelianckich jadących w przeciwnym kierunku. Na dodatek trąbiły na nas i mrugały światłami. To nie mógł być dobry znak.
Zatrzymaliśmy się przy budynku, który mógł kiedyś być posterunkiem wojsk rządowych i zapytaliśmy starszego mężczyznę przy drodze czy możemy jechać dalej. Ten poinformował nas, że może dojść do próby odcięcia rebeliantów walczących w mieście przez czołgi, które były widziane przez wycofujące się właśnie jednostki. Postanowiliśmy podjechać parę set metrów dalej do miejsca, skąd wyraźnie widać przedmieścia Zlitan, aby filmować i fotografować z bezpiecznej odległości miasto. Stamtąd również mieliśmy nadzieję dostrzec zbliżające się czołgi odpowiednio wcześnie, aby móc zawrócić.

Gdy żegnaliśmy się z mężczyzną, ten się uśmiechnął szeroko i krzyknął za nami coś po arabsku. Wszyscy na tyle pickupa odebrali to za pozytywny znak i jechaliśmy z uśmiechami na twarzach dopóki dziennikarz Moussab, Brytyjczyk irackiego pochodzenia, powiedział z oczami wpatrzonymi w podłogę, że okrzyk oznaczał „mam nadzieję, że umrzecie jak męczennicy”.

„Wyp***dalaj stamtąd Moussab! Natychmiast”

Śmierć jako nieodłączny element życia. Na dodatek zdefiniowana dokładnie przez kanony religijne, była nie tyle logiczną konsekwencją, zakończeniem historii człowieka, ale wręcz celem, do którego należy dążyć. Stawia to dla mnie wiele rzeczy w perspektywie i pozwala sobie zadać pytanie: dokąd tak ciągle pędzimy? Kiedy w obecnym życiu wzbudzam u innych zdziwienie brakiem reakcji na pozornie poważne sprawy, to sobie przypominam okrzyk mężczyzny przy drodze.

Moussab chyba inaczej zinterpretował te słowa, bo kiedy dojechaliśmy do nasypu kolejowego, za którym rozpościerały się pola a za nimi pierwsze zabudowania Zlitan, natychmiast na niego wskoczył i wolał, żebym do niego dołączył bo z drugiej strony stoi wrak czołgu. Wtedy pierwszy raz złamałem swoją żelazną zasadę, że w pracy nie podnoszę głosu. „Wyp***dalaj stamtąd Moussab! Natychmiast” krzyknąłem do zdziwionego kolegi, który w końcu dołączył do reszty naszej ekipy, kryjącej się za nasypem. Podstawowa zasada przetrwania w rejonie walk to nie wyróżniać się. Wbiegając na nasyp Moussab po pierwsze mógł zwrócić na siebie uwagę żołnierzy obserwujących przedpole miasta, a jego sylwetka na wzniesionym nasypie stanowiła idealny cel.

Parę dni wcześniej stało się dla mnie jasne, że Moussab miał prawo się tak zachować. Podczas kolacji w jednej z knajp serwujących pieczone kurczaki w centrum miasta, gdzie nasze dania były zarezerwowane z wyprzedzeniem ze względu na trwający po ostrzelaniu portu kryzys w dostawach drobiu, Moussab zadał dosyć naiwne pytanie o to, jak się zachowywać na froncie. Fotograf Tahir, mój stary znajomy z pracy w Bagdadzie w 2005 roku, powiedział z rozbrajającą szczerością, że przed każdą wizytą na froncie pali haszysz. Wszyscy przy stole się zaśmiali, a ja dodałem, że trzeba postępować tak, jak nas uczono na kursach bezpieczeństwa, które przechodzi każdy dziennikarz wysyłany przez naszą firmę w rejon konfliktu.
“Na jakich kursach?” odpowiedział Moussab i stało się jasne, że szefowie w Londynie posłali go w tą delegację zupełnie nieprzygotowanego. W końcu Moussab był z pochodzenia Irakijczykiem, więc powinien wiedzieć jak się zachować pod ostrzałem, prawda? Co z tego, że się urodził i mieszkał całe życie w Londynie…

piotr pilat dziennikarz

Przygotowanie do konfliktu

Kursy przetrwania, czy też bezpiecznego zachowania w rejonie konfliktu są jednym z najlepszych sposobów przygotowania na realia panujące na froncie. Co ciekawe, większość czasu poświęcana jest pierwszej pomocy i to nie tylko od postrzałów. Podobno więcej dziennikarzy w ginie w wypadkach samochodowych niż od kul karabinowych.
Porządne kursy prowadzone były wtedy dla mojej firmy przez byłych wojskowych z dużym doświadczeniem bojowym. Kosztowały sporo pieniędzy, ale uczestnicy w zamian dostawali tydzień na brytyjskiej wsi oraz bardzo realistyczne odwzorowanie warunków wojennych.
W moim przypadku byli to w większości byli żołnierze Royal Marines Commando, weterani wojny na Falklandach mocno obyci zarówno na froncie, jak i w pracy z cywilami. Jeden z nich wykazał się nawet tak dobrą znajomością realiów pracy w telewizji, że kiedy podczas zajęć z przetrwania ostrzału artyleryjskiego trzymałem w ręku odłamek z moździerza kal. 80 mm, podszedł do mnie i z uśmiechem powiedział: “jak to Cię trafi w głowę to utnie pół mózgu i wtedy będziesz mógł zostać producentem.”
Byłem jedynym producentem telewizyjnym w tej grupie, więc dowcip był bardzo trafiony. W tym środowisku dystans do samego siebie jest bardzo ważny, więc zaśmiałem się ze wszystkimi ale w późniejszych latach walczyłem z powszechnie panującym stereotypem producenta, jako niedouczonego, ale niezbędnego dodatku do ekipy telewizyjnej.
Nauczyłem się operować kamerą, montować, i obsługiwać sprzęt telewizyjny na tyle, żeby móc zdobywać szacunek współpracowników i rozumieć ich pracę.

Bitwa o Misratę

Misrata to była jednak inna walka. Przy wsparciu z powietrza ze strony wojsk NATO rebelianci stanowili znaczącą siłę, zdolną do regularnej walki. Powrót do Bengazi kilka miesięcy wcześniej.
Wszyscy dziennikarze opuszczają miasto. Hotel, w którym mieszkaliśmy będzie na pewno jednym z pierwszych miejsc na liście tajnych służb Kadafiego w przypadku zdobycia miasta. Na obrzeżach stoi artyleria, póki co jedynie słychać jej ostrzał, ale wiemy, że wkrótce się przybliży. Czołgi widziano w centrum miasta, jakiś kilometr od nas.
Czasu na decyzje było bardzo mało, ale postanowiliśmy ograniczyć zespół do minimum i zaszyć się w mieście na noc. Część naszego zespołu musiała wrócić do Egiptu, zostali jedynie dziennikarze z obywatelstwami państw Unii Europejskiej na wypadek, gdyby trzeba było negocjować nasz powrót do domów. Operator kamery, z którym pracowałem również wyjechał zostawiając mi swoją kamerę, nie było sensu narażać nas obu. Poza tym, on był na swojej pierwszej wojnie a w Portugalii czekała żona i dwójka dzieci. Ja byłem bardziej obyty i tuż po rozwodzie, więc wybór który z nas ma zostać nie był trudny.

Różnica w podejściu do sytuacji, które mogły nas zastać w tych warunkach była też diametralna. Gdy kilka dni wcześniej podczas filmowania posterunku rebeliantów na głównej drodze w kierunku Bengazi usłyszeliśmy nadlatujący myśliwiec wojsk rządowych Miguel razem z innymi natychmiast zaczął biec w przeciwnym kierunku. Ja biegłem z nim aż w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że w ten sposób raczej nie prześcigniemy lecących od bomby odłamków, ale na pewno stracimy ujęcie. Powiedziałem, żeby ustawił kamerę na statywie i ją włączył, potem mogliśmy się rzucić na ziemię. Nie zdążyliśmy. Myśliwiec zrzucił swój ładunek w piasek pustyni nieopodal posterunku, wywołując dwie potężne kule dymu i pyłu.

Odłamki bomb

Stanąłem obok Miguela, nie wiedząc, czy zdążył nacisnąć czerwony guzik w kamerze. Chwyciłem go za kurtkę, gotowy odciągnąć z trasy lecących kamieni. W naszym kierunku poleciał około 40-centymetrowy głaz, który odbił się od ziemi metr od leżącego na niej fotografa Gorana i nas minął o kilka metrów.
Odłamki z bomb zatrzymał piach a rebelianci z pickupa, który znalazł się prawie dokładnie między dwoma eksplozjami biegli w naszym kierunku. Myśliwiec jednak osiągnął zamierzony cel: droga, która była potrzebna nacierającym wojskom rządowym pozostała nienaruszona, a rebelianci opuścili posterunek.
Ujęcie nie było idealne, bo kamera nagrywała, gdy Miguel ją kierował na cel, ale widać na nim dobrze moment eksplozji. W takim przypadku treść bierze górę nad formą.
Osobiście przeżyłem mocno to zdarzenie bo nie miałem prawa narażać życia kolegi. Przeprosiłem Miguela tego dnia wieczorem i mam nadzieję, że mi szczerze wybaczył.

Kilka dni później w obleganym Bengazi nasz lokalny przewodnik, po ustaleniu z jednostkami przygotowującymi się do obrony miasta, zapewnił nam nocleg w swoim domu. Na jego ulicy wszyscy byli poinformowani, żeby nie mówić za dużo o nowych sąsiadach – grupce 4 zachodnich dziennikarzy. Był wśród nas również nasz anioł stróż, emerytowany wojskowy i oficer brytyjskich służb, który dbał o to, aby zwiększyć nasze szanse przetrwania tej przygody.
Miasto zamarło w oczekiwaniu na swój dalszy los, decydowany w odległej o tysiące kilometrów europejskiej stolicy. Ciszę przerywały jedynie modły mułłów nadawane z wież przy meczetach i odległe dudnienie artylerii.

Późnym popołudniem wybiegliśmy z domu na ulicę po informacji, że zdobyto rządowy czołg. Był paradowany ulicami miasta a my w pochodzie dziesiątek aut jechaliśmy za nim. W pewnym momencie jeden ze świętujących mieszkańców miasta dał żonie swój karabin, aby wystrzeliła serię w powietrze. Kobieta, niedoświadczona w obsłudze broni strzelającej ogniem ciągłym, prawie straciła nad nią kontrolę i seria mogła polecieć w moją stronę. Wtedy zdałem sobie sprawę, że dla dziennikarza pracującego w takich warunkach bardziej niebezpieczni od wyszkolonych żołnierzy mogą być niewyszkoleni cywile.

Interwencja wojsk NATO

Wieczorem w telewizji oglądaliśmy relację z Japonii, gdzie jakiś tydzień wcześniej uderzyło potężne tsunami, uszkadzając elektrownie jądrową w Fukuszimie. Z zapartym tchem śledziliśmy tragedię odbywającą się po drugiej stronie globu, aż zdaliśmy sobie sprawę, że przecież sami znajdujemy się w sercu wydarzenia, które śledzi cały świat. Razem z fotograf Heidi, której nastoletnie dzieci nie wiedziały dokąd ich mama pojechała w delegację, śmialiśmy się z tego jak mocno przeżywamy tak odległe wydarzenia, kiedy nam grozi podobne niebezpieczeństwo.

Zapadła noc i rano wstaliśmy do miasta nie zmienionego. Na ulicach nie było walk, nie było śladu nadciągających nieubłaganie kolumn pancernych. Artyleria zamilkła. Chcieliśmy od razu jechać w kierunku frontu, ciekawi nowych wydarzeń. Najbardziej doświadczony z grupy, fotograf Goran powiedział, że rebelianci nie ruszają do walki z pierwszym światłem dnia i nie warto jechać zbyt wcześnie na linię frontu, gdyż można nieopatrznie się natknąć na siły rządowe.

Wyruszyliśmy około 9:00 i na drodze prowadzącej na zachód zaczęły się pokazywać pierwsze oznaki interwencji wojsk NATO. Potężne samobieżne haubice, które ostrzeliwały miasto kilka godzin wcześniej były porozrzucane na polu jak klocki lego.
Na drodze napotkaliśmy wrak transportera opancerzonego radzieckiej produkcji. Przy nim leżał człowiek w mundurze wrogiej armii, twarzą do góry. Nie oddychał, nie było na nim śladu krwi ani innych wskazówek jak mógł zginąć. Garstka gapiów stała nad ciałem a moją uwagę zwrócił otwór wielkości piłeczki pingpongowej w górnym pancerzu wozu. Potężna siła, która unieruchomiła tony stali i zabiła tego żołnierza przyszła z nieba.

Jadąc dalej spodziewaliśmy się znaleźć kolejne dowody odwracającego się układu sił w tym konflikcie. Po drodze mijaliśmy płonące czołgi, ale naszym celem była kolumna dymu na horyzoncie, mogąca oznaczać toczące się walki. Uważaliśmy, aby pozostać na terytorium kontrolowanym przez rebeliantów, gdyż w razie schwytania nie moglibyśmy liczyć na pobłażliwość żołnierzy sił Kaddafiego, których sporą część stanowili najemnicy z sąsiednich afrykańskich państw.

Im bardziej się zbliżaliśmy do kolumny dymu, tym głośniej było słychać nieustające eksplozje, ale nie przypominało to w niczym odgłosów walki. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zastaliśmy płonący konwój z amunicją zbombardowany przez wojska NATO. Rozgrzane naboje eksplodowały w każdym kierunku, tworząc surrealistyczny pokaz fajerwerków. Miałem wrażenie, że wyrzucana w powietrze od wybuchów amunicja eksploduje w locie i posyła pociski w dowolnym kierunku, ale to mogła być tylko moja wyobraźnia.

piotr pilat dziennikarz

Dobre zdjęcie

Fotografowie Goran i Heidi pobiegli od razu w kierunku płonącego konwoju. „Jeśli Twoje zdjęcie nie jest wystarczająco dobre, to nie byłeś wystarczająco blisko” mawiał Robert Cappa, autor wielu legendarnych fotografii ze stref konfliktu i założyciel agencji Magnum. Ja zostałem w tyle, bo pamiętałem, że Kappa zginął pozostając wierny swojemu motto. Nie on jeden, wielu oddało swoje życie służąc „Bogini informacji”, jak to nazwał mój bliski przyjaciel Taras Protsyuk. W 2003 Taras filmował amerykański czołg, jeden z pierwszych, które wjechały do irackiej stolicy, gdy ten oddał w jego kierunku strzał zabijając jego i operatora hiszpańskiej telewizji Jose Couso.

Filmowałem miejsca wokół konwoju, dowiadując się w międzyczasie, że w tym miejscu był obóz sił rządowych pospiesznie ewakuowany gdy nadleciały samoloty NATO. Przy drodze kilka wraków aut, obok nich spalone ciała tych, którzy nie zdążyli uciec. W polu stała ciężarówka a na jej olbrzymiej naczepie płonął czołg. Świeżo trafiony czołg stanowi spore zagrożenie, gdyż kiedy ogień po jakimś czasie dosięgnie komorę z amunicją następuje potężna eksplozja. Myśląc, że naloty odbywały się w nocy i wczesnym rankiem doszedłem do wniosku, że ten czołg już nie stanowi zagrożenia. Sfilmowałem buchające z niego płomienie i poszedłem mijając go dalej, w kierunku miejsca, gdzie był obóz. Przemieszczając się z kamerą przegapiłem sporą eksplozję konwoju z amunicją. Goran będzie miał zdjęcie na jedynkę, pomyślałem.

Na drodze kolejne wraki aut i oznaki biwakowania – koce i inne przedmioty osobiste porzucone przez uciekających żołnierzy. Jeden z rebeliantów, którzy z radością przyglądali się śmiertelnej potędze nowego sojusznika, w pewnym momencie zwrócił się do mnie pokazując na drogę. Wśród wraków chodziła kura, prawdopodobnie zbawiona przed rosołem przez nieświadomego pilota NATO. „Chicken, chicken” powtarzał rebeliant w trakcie, gdy ja ustawiłem kamerę do ujęcia.

Nacisnąłem czerwony guzik i po chwili czas się zatrzymał. W odległym o około 200 metrów miejscu, gdzie stał płonący czołg, zobaczyłem unoszącą się olbrzymią kulę ognia. Światło podróżuje szybciej niż dźwięk, więc przez okres, który mi się wydawał wiecznością nie słyszałem eksplozji. Nie wiem jak szybko zareagowało moje ciało, ale natychmiast schowałem się za wrakiem auta, kadrując ostrożnie eksplozję w wypalonej ramie okna. W tym ułamku czasu przez głowę przeszło mi sporo myśli. Czy dolecą do mnie odłamki? A co, jeśli spadną z góry prosto mi na głowę? Kalkulowałem ryzyko. A po chwili: przecież parę minut temu tamtędy szedłem…

Reuters, Londyn

Kiedy wysłałem swój materiał do centrali w Londynie byłem o dobę przed konkurencją, która dopiero późnym popołudniem dotarła do Bengazi z Egiptu na wieść o rozpoczętych bombardowaniach i zbliżająca się noc uniemożliwiała im wyjazd z miasta. Byliśmy pierwsi z relacją z linii frontu we wszystkich mediach – telewizji, fotografii i druku, zgodnie ze starym hasłem reklamowym mojej agencji: „Before it’s news, it’s Reuters.”

Po powrocie do Polski wyjechałem ponownie do Libii, tym razem, żeby relacjonować konflikt z Misraty, miasta portowego, które było otoczone przez walczące pomimo przewagi powietrznej NATO wojska rządowe. Nie pamiętam, żeby ktoś mi powiedział o nominacji dziennikarzy mojej agencji relacjonujących konflikt w Libii do nagrody Pulitzera, najbardziej prestiżowego dziennikarskiego wyróżnienia. Dowiedziałem się z maila wysłanego do wszystkich w firmie, że znaleźliśmy się w finale, a nagrodę w kategorii International Reporting zdobył New York Times. Dopiero po odejściu z firmy w 2018 roku zacząłem przywiązywać wagę do tego wyróżnienia, dotychczas praca dostarczała mi tyle przyjemności, że nie potrzebowałem nagród jako zachęty. Kiedy po kilku tygodniach od powrotu do domu próżność pchnęła mnie do sprawdzenia danych oglądalności mojego materiału z kurczakiem w roli głównej, liczba wyświetleń w stacjach telewizyjnych na całym świecie sięgała ponad 7000. Fotografia Gorana, zrobiona w przeciwnym kierunku od mojego ujęcia, pojawiła się na pierwszych stronach większości czołowych światowych gazet.

Piotr Piłat
Linkedin – profil autora

piotr piłat

Piotr Piłat – Dziennikarz i producent telewizyjny związany z agencją Reuters przez 20 lat. Doświadczony w pracy w warunkach wojennych na Bliskim Wschodzie, w Azji oraz Afryce. Podczas wojny domowej w Libii był jednym z niewielu dziennikarzy zagranicznych pozostających w kraju w przeddzień bombardowań sił NATO przeciwko wojskom rządowym, dzięki czemu Reuters wyprzedził o ponad 12 godzin inne media w relacjonowaniu tego zdarzenia. Za swoja prace w Libii znalazł się wśród finalistów nagrody Pulitzera w 2012 r. Materiały telewizyjne realizowane przez Piotra trafiały do widzów na całym świecie poprzez takie stacje, jak CNN, BBC, Sky, Fox News i wiele innych. Spełniały najwyższe standardy jakości dziennikarstwa i obrazu, nawet jeśli były realizowane pod presją czasu i w niesprzyjających warunkach.
W późniejszym etapie pracy Piotr był wydawcą serwisów telewizyjnych poświęconych regionowi Europy środkowej i wschodniej. Jako trener i doradca medialny dla Thomson Reuters Foundation szkolił dziennikarzy agencji Reuters jak również polskich mediów (TVN, Gazeta Wyborcza) oraz niezależnej białoruskiej telewizji Belsat.
Prowadził wykłady i spotkania ze studentami między innymi na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Uniwersytecie Quadriga w Berlinie. Jest szkoleniowcem i trenerem w MediaLeaders – agencji doradztwa medialnego.

kopiuj tekst pobierz jako docx

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.