Grzegorz Miecznikowski: marketingowy ekspert, czy aktywista LGBT+?

Prowadzi szkolenia z social mediów, zajmuje się tworzeniem strategii dla firm i marek, ale równie często zabiera głos w sprawach ważnych, szczególnie tych dotyczących mniejszości seksualnych. Jego aktywność często budzi kontrowersje wśród marketerów i opinii publicznej. Czy słusznie?

“Lukrecja Hilton” – pamiętasz ten moment kiedy się nią stałeś?
To był chyba jeden z moich najlepszych reportaży. Musiałem włożyć w niego dużo pracy, ale za ten tekst dostałem też najwięcej nagród i największy rozgłos.

Temat był dość kontrowersyjny.

Kiedy poszedłem do swojej redaktorki Edyty Różańskiej i powiedziałem, że chcę napisać reportaż o warszawskich drag queens, powiedziała do mnie, że to świetny temat, ale pod jednym warunkiem. Mam wystąpić na scenie. I jestem jej za to dzisiaj wdzięczny, zresztą jak za wiele inny rzeczy. Gdyby nie Edyta, pewne nigdy reportaży bym nie pisał.

Miecznikowski Lukrecja Hilton

Od razu się zgodziłeś?
To był szczególny moment w moim życiu. Gazeta Wyborcza była pierwszym miejscem, w którym dokonałem pełnego coming outu i mogłem powiedzieć otwarcie, że jestem gejem. Dopiero poznawałem warszawską społeczność LGBT+, działaczy, artystów queer, właścicieli klubów, ludzi.

Traktowałeś to jako coś więcej niż sam artykuł?
Zdecydowanie. Potraktowałem to jako wyzwanie, ale także naukę – o samym sobie i swojej tożsamości. Musiałem przygotować się przecież na konfrontację z homofobią. Pójść do second handu, kupić ciuchy, zaopatrzyć się w kosmetyki. Wydaje się to łatwe, ale… jak tu np. dobrać podkład? Trzeba było przecież zapytać ekspedientki w sklepie. Pierwsze pytania przychodziły mi dość nieśmiało, kolejne łatwiej. A po publikacji były telefony do redakcji i czytanie komentarzy na forum.

A wcześniejsza dokumentacja tematu? Tym bardziej przed reportażem wcieleniowym, w którym reporter zmienia swoją tożsamość w celu zdobycia informacji.
Wcześniej były rozmowy z drag queens z Warszawy. Pussy Cat, Daruma i Żaklina przygotowywały mnie do tego co ma nadejść. A Jacek, czyli Żakilna, znany z programów, takich jak Mam Talent, przygotowywał mnie do występu. To właśnie on wymyślił dla mnie sceniczne imię na dwie minuty przed samym występem. W międzyczasie mój ówczesny partner przerabiał mi sukienkę na występ, ja uczyłem się piosenek, do których miałem zrobić lip sync na scenie, załatwiałem wszystko z właścicielem klubu Rasko. Do reportażu włączyła się także gazeta.pl. Cały występ, wszystkie przygotowania były dokumentowane. Dzięki temu mogliśmy stworzyć bardzo fajny, multimedialny reportaż. Może dlatego też stres był dużo większy niż w przypadku klasycznego reportażu.

Były nerwy?
Z nocy występu mało co pamiętam. Adrenalina towarzyszyła mi cały czas. Make-up się rozmazywał. Kasia Łuka z zespołu Gazeta.pl, nagrywała wszystko, nawet to jak depiluje nogi jeszcze w domu, jak jedziemy taksówką do klubu. Całe wydarzenie dokumentował, fotograf Filip Klimaszewski, wybitny portrecista, jeden z najlepszych fotografów, z ktorymi miałem przyjemność pracować. Filip co chwilą, cykał zdjęcia. Żaklina przynosiła mi szoty na stres. To jest jeden z tych tekstów, który nigdy nie zapomnę. Nauczyłem się na nim sporo warsztatowo i życiowo. Był to w ogóle mój pierwszy reportaż wcieleniowy.

Od reportażu “Jak dziennikarz stał się Lukrecją Hilton” minęło 11 lat. Jak oceniasz to z perspektywy czasu?
Kiedy dzisiaj patrzę na te zdjęcia, wspominam te sytuacje z rozżewnieniem. Chociaż przyznam, że występ nie należał do najbardziej udanych, ani tym bardziej makijaż czy strój. Mimo to, co śmieszne, dostałem propozycję “bycia rezydentką” w innym klubie LGBT+ w Warszawie… tak, gdybym chciał dorobić do dziennikarskiej pensji. Lukrecja jednak nigdy wiecej na scenie się nie pojawiła.

Grzegorz Miecznikowski Ekspert

Z analizy twoich dziennikarskich materiałów sprzed lat można wysnuć wniosek, że lubiłeś i lubisz prowokować, iść czasem pod prąd.
Nie zastanawiałem się nad tym. Wówczas myślałem o sobie w ten sposób, że chcę być dziennikarzem który podejmuje tematy, których nikt inny podjąć nie chce, np. z obawy na możliwe straty wizerunkowe, zawodowe czy prywatne.
Na tym polega zawód reportera. W Gazecie często robiłem wywiady, których nikt nie chciał robić. Zdradzę redakcyjne tajemnice, ale takie tematy są często zrzucane na młodych stażem, jako coś gorszego. Później okazywało się, że od ludzi, którzy pozornie wydawali się nieciekawi, można wyciągnąć świetne, wręcz pasjonujące i życiowe historie.

A dzisiaj? Prowokujesz?
Bardzo często słyszę, że jestem odważny, inspiruję albo zabieram głos w ważnych sprawach. Nie czuję tego. Te sprawy, o których piszę to przede wszystkim moje sprawy. Homofobia, depresja, nieudane związki, walka z rakiem, wypalenie zawodowe – to wszystko mnie dotknęło.

Ludzie mają podobne problemy, ale nie każdy zabiera publicznie głos.
Nie sądzę, że jestem jedyny na świecie, którego spotykają takie rzeczy. Ale, kiedy dotknęły mnie, szukałem jakiegoś punktu zaczepienia. Osób, których mógłbym posłuchac i dowiedzieć się jak przez to przejść. Bez pudrowania i glamuryzowania. Im bardziej ich szukałem, tym bardziej ich nie było.

Zawsze taki byłeś?
Czy zawsze byłem tym typem przemądrzałego dzieciaka z bibliotek? Tak! (śmiech). Nigdy nie dawałem sobie, nawet jako dzieciak, wciskać ściemy. Potrafiłem dyskutować z nauczycielami i kłócić się z nimi, zwłaszcza jeśli chodzi o tematy związane z polityką czy równością. I uważałem, jako dzieciak, że mam do tego prawo, bo np. kilkukrotnie byłem posłem na Sejm Dzieci i Młodzieży. Czy miewałem przez to kłopoty? Tak! Dla przykładu w gimnazjum i liceum byłem zagrożony kiepskimi ocenami z WOS przez konserwatywnych nauczycieli, którzy atakowali w swoich wykładach różne mniejszości. Czy kiedykolwiek tego żałowałem? Nigdy.

Wyniosłeś to z domu? Umiejętność walki o swoje argumenty i krytyczne podejście?
Jestem klasycznym Dorosłym Dzieckiem Alkoholika. Chciałbym wszystkich ochronić przed cierpieniem, którego sam doświadczyłem. Wychowałem się w ultra konserwatywnej rodzinie, gdzie antysemityzm, rasizm, ksenofobia i homofobia były na porządku dziennym. Mój ojciec nie tylko pił, ale także bił. Mocno. Mnie i moją matkę.

Podejrzewam, że nie każdy kto ma podobne, traumatyczne historie wybiera drogę aktywisty.
Od dziecka wiedziałem, że świat jest niesprawiedliwy. Nie chcę z tym pogodzić, bo mimo wszystko wierzę i mam to zakodowane w swoim małym, czarnym serduszku, że jesteśmy go w stanie zmieniać. Dlatego działam, robię co mogę, żeby innym było lepiej, ale także żeby zrozumieć ich problemy i potrzeby. Często powtarzam, że w zrozumieniu jest wszystko – miłość, przyjaźń, troska i ciepło. To czego brakowało mi w dzieciństwie i często również brakuje w dorosłym życiu. Bo nadal słyszę, że jestem gorszy.

Czy nie zarzucano ci wtedy i dziś, że zbyt mocno obnażasz się z prywatności? Od wielu lat funkcjonujesz jako marketingowy ekspert, a nie dziennikarz.
Słyszę to bardzo często. Jeśli komuś przeszkadza to, że jestem gejem i tak nie będzie robił ze mną żadnych projektów. Zresztą ja też nie robię biznesów z homofobami, nie pracuję również dla firm, które zachowują się nieuczciwie w stosunku do pracowników, czy sprzedają produkty wątpliwego pochodzenia albo wprost próbują oszukiwać klientów. Zresztą zawsze powtarzam, że nie pracuję z firmami i markami, które są jakimiś tajemniczymi bytami. Moi klientami są ludzie – młodzi przedsiębiorcy, inwestorzy, właściciele biznesów, działy marketingu i sprzedaży.

A czy zdarzają się pozytywne reakcje na twoją społeczną aktywność?
Często po prelekcjach podchodzą uczestnicy: biznesmeni, marketerzy, sprzedawcy, którzy albo się outują, albo mówią, że chcieliby, ale się boją konsekwencji zarówno jeśli chodzi o reakcję na ich orientację seksualną, czy późniejsze problemy które mogą z tego wyniknąć. Takie rozmowy miałem wielokrotnie. Nie uważam się za wzór do naśladowania, ale jeśli ten temat się pojawia, nawet w rozmowach kuluarowych, znaczy że jest potrzebny – także w branży marketingowej. I potrzebni są ludzie, którzy będą go podejmować.

Trudno cię jakoś spozycjonować. Jesteś ekspertem, czy bardziej aktywistą?

Ale dlaczego muszę być zamykany w jednej szufladce? Czy ekspert nie może być aktywistą, a aktywista ekspertem? Czy tego nie da się połączyć? To pytanie pojawia się na każdym wywiadzie. Wielokrotnie słyszałem, że mam za dużo działaczostwa w social media. Ale to być może dlatego, że po prostu staram się działać. Jako członek społeczności LGBT+ chodzę na demonstracje i marsze. Odkąd skończyłem 18 lat biorę udział, co roku w Paradzie Równości. Ale tak samo działam w branży marketingowej. Biorę udział w różnych wydarzeniach i eventach, wspieram nieodpłatnie warte wsparcia inicjatywy, które pomagają branże social media edukować, budować, wspomagają młodych przedsiębiorców. Jestem nie tylko właścicielem firmy, ale także zaangażowanym w różne sprawy społeczne człowiekiem. I wydaje mi się, że umiem to pogodzić ze sobą, tym co robię i etyką biznesową.

Grzegorz Miecznikowski

Czy biznesowo nie szkodzisz sobie i swojej firmie podejmując taką aktywność?
Zdaje sobie sprawę, że mogę ponosić konsekwencje finansowe i wizerunkowe, nie każdy musi ze mnie i moich usług korzystać. Naprawdę, nie jestem papierem toaletowym, żeby korzystali ze mnie wszyscy (śmiech). Zaplecze finansowe oraz stałych klientów posiadam, nigdzie się nie wybierają. Wydaje mi się więc, że umiem prowadzić firmę i budować swoją obecność w sieci. Bycie sobą, życie zgodnie z moimi wartościami i zasadami, mówienie głośno i prawdziwie – jest dla mnie dużo cenniejsze niż marka w social media.

Usłyszałeś kiedyś, że firma rezygnuje ze współpracy z Tobą z jakichś personalnych powodów albo sposobu twojego funkcjonowania w social mediach?
Niecałe trzy lata temu, we wrześniu 2017 roku nagłośniłem jedną z takich sytuacji. Opublikowałem maila, w którym firma wprost odmówiła mi zlecenia z powodu homofobii.

Jak to dokładnie wyglądało?
Cytując ówczesną korespondencję: „Mimo, że oferta spełnia wszystkie nasze oczekiwania i wymogi formalne, mamy jedno, bardzo duże zastrzeżenie. Nie jesteśmy przekonani, że osoba taka jak ty, o określonej orientacji i poglądach będzie w stanie w sposób efektywny przeprowadzić szkolenie sprzedażowe dla naszych pracowników oraz reprezentować naszą firmę w mediach społecznościowych i komunikować się z naszą grupą docelową. Z tego powodu też musimy zrezygnować już na tym etapie z możliwości świadczenia usług dla naszej firmy”.

Zdarzały się kolejne takie przypadki?
W ubiegłym roku odmówiono mi poprowadzenia szkolenia, bo „ta branża jest specyficzna i potrzeba mocnego faceta”, a moja działalność medialna, tj. prowadzenie grupy dla biznesmenów LGBT+ na LinkedIn czy wypowiedzi budziły zastrzeżenia. Homofobia istnieje także w biznesie. Do tej pory staram się nagłaśniać te oczywiste przypadki – na podstawie maili, czatów. Przed ubiegłoroczną konferencją I <3 Marketing, na której mówiłem o marketingu LGBT+, odwołano mi 5 z 7 zaplanowanych na październik szkoleń. Powodem był „kontrowersyjny temat” wystąpienia na konferencji. Dyskryminacja ze względu na orientację seksualną jest przecież zabroniona
Dokładnie mówi o tym Kodeks Pracy, rozdział II a. Jeśli ktoś wykonuje swój zawód zgodnie ze sztuką i należytą starannością – orientacja seksualna nie może tu mieć nic do rzeczy. Pokrzywdzeni nierównym traktowaniem, zależnie od kontekstu konkretnej sprawy, mogą wnieść pozew o naruszenie zasady równego traktowania, zarówno, gdy są zatrudnione na umowę o pracę, jak i na podstawie umowy cywilnoprawnej. Mogą też rozważyć wniesienie pozwu o naruszenie dóbr osobistych lub wniosku o ukaranie za nieuzasadnioną odmowę świadczenia usługi. Skuteczność tych postępowań jest zróżnicowana.

Stąd twój, jeśli to dobre określenie: biznesowy aktywizm LGBT+?
Musimy mówić otwarcie o swoich problemach i wewnętrznie czy zewnętrznie wywierać naciski na konkretne firmy, opisywać konkretne przypadki, walczyć o swoje prawa w sądach. To ustanawia rzeczywistość, a zasądzenie kar dla otwarcie homofobicznych pracodawców, będzie ostrzeżeniem dla kolejnych, którzy chcieliby stosować te same złe praktyki. Błyskawiczne wsparcie pracownikom, bezpłatne wsparcie prawne i psychologiczne (a to bardzo ważne) oferuje, m.in. Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich i Kampania Przeciw Homofobii.

Mocno angażujesz się też we wspieranie ruchu LGBT. To raczej z potrzeby serca, chęci pomocy, wolnego czasu?
Od października 2019 roku jestem członkiem zarządu Stowarzyszenia Voces Gaudii, śpiewam jako tenor w pierwszym polskich chórze LGBT+, poza tym staram się wspierać organizację pozarządowe, zwłaszcza te równościowe, jeśli chodzi o marketing. Pro bono opiniuje kampanie. Współpracuję z Punktem Informacji dla Cudzoziemców, ostatnio np. robiliśmy webinar o poszukiwaniach pracy w social media. Od wielu lat wspieram także kobiety – prowadzą dla nich darmowe warsztaty i spotkania, walczę z mansplainigniem, pomagam promować kobiece biznesy i ekspertki. A żeby nie być gołosłownym – nie chodzę i nie preleguję na panelach i konfach, na których występują sami faceci. Od czasu pandemii prowadzę też w centrach kryzysowych darmowe konsultacje dla osób, które straciły pracę i nie wiedzą co teraz ze sobą zrobić albo jak zrobić. Staram się pomagać tam, gdzie mogę. Naprawdę to lubię.

Na swoim blogu, social mediach piszesz szczerze także o swoich problemach: o ataku paniki, o depresji. Starasz się odbarwiać świat biznesu i sukcesów?
Zawsze widzimy tylko ten sukces. Nigdy nie zastanawiamy się, ile to musiało kogoś kosztować. Ja pracuję odkąd pamiętam. W dzieciństwie grałem w filmach, teatrze, śpiewałem w musicalach. Wiesz ile castingi kosztowały mnie stresu? Ile czasu musiałem potem poświęcić na przygotowanie się do ról? Jaką cenę zapłaciłem za granie jednej z głównych ról w pewnym teatrze muzycznym? Dużą. Po jednym sezonie, przez reżysera, który za wszelką cenę starał mi się udowodnić, że nie umiem śpiewać i grać, chociaż sam w roli mnie obsadził, przestałem zajmować się muzyką – czyli robić rzeczy, które sprawiały mi niesamowitą frajdę. Tak samo jest z biznesem. Uwielbiam swoich klientów, robią świetne projekty, mają super usługi i jestem zaszczycony, że razem je sprzedajemy i promujemy i że to wychodzi. Jestem szczęśliwy, że cały czas prowadzę dużo szkoleń, nawet online, jestem zapraszany na największe konferencje i występuję u boku takich autorytetów jak Paweł Tkaczyk czy Michał Sadowski. U boku ekspertów, których podziwiałem odkąd tylko zacząłem pracować w marketingu.

Ale czy w twojej aktywności nie pojawia się jeden ważny element. Rodzaj próżności, którzy niektórzy określają bardziej kolokwialnie jako “parcie na szkło”?
Przyznaje się do tego bez bicia! Tak, mam parcie na szkło! (śmiech).
Lubię to. No bo kto nie lubi widzieć swojej mordki w wywiadzie w mediach biznesowych albo swoich wypowiedzi eksperckich. Ale lubię też te wywiady z innego powodu. Mogę zawsze coś w nich ważnego przemycić. Nawet jeśli ma to być tylko jedna myśl. I to się nie zmieniło od, kiedy sam wywiady robiłem dla głównych polskich mediów papierowych.

Bycie przedsiębiorcą jest dla Ciebie stresujące?
Czasem. Według badań psychologów, większość przedsiębiorców ma podobne cechy osobowości. Na założenie firmy decydują się ludzie, którzy są energetyczni, zmotywowani, kreatywni, bardziej wrażliwi i inteligentni. A to wszystko sprzyja zaburzeniom emocjonalnym – zmianom nastroju, poczuciu desperacji, stresu, utracie motywacji, wahaniom nastrojów, a nawet depresji i myślom samobójczym. Ta sama pasja, która jest motorem do założenia własnej działalności, startupu, salonu fryzjerskiego albo nawet warsztatu samochodowego, może być też powodem wielu emocjonalnych problemów.

Stąd twoje wpisy na blogu o depresji?

Długo myślałem czy ten temat powinienem poruszać w swoich kanałach, czy uprawiać ten rodzaj emocjonalnego ekshibicjonizmu. Zdecydowałem się dopiero po rozmowie z kilkoma osobami z branży. Im bardziej mi odradzali, mówiąc że to biznesowe samobójstwo, o ironio, tym bardziej wiedziałem, że jest to potrzebne. Bywały chwile, że chciałem wszystko rzucić i uciec w Bieszczady, gdyby tylko mnie było stać na bilet. Kiedy zacząłem prowadzić agencję, bywały momenty, że nie miałem nawet na bułke i ser. Klienci spóźniali się z fakturami, ja miałem wydatki, musiałem opłacić faktury podwykonawcom. Były też momenty, kiedy totalnie utknąłem w martwym punkcie i nie wiedziałem co dalej robić. Wszyscy mówią, że biznes jest taki świetny, że warto pracować na swoim. Bo naprawdę warto. Ale mało kto pisze jaką też cenę się ponosi za sukces i prowadzenie własnej działalności.

Grzegorz Miecznikowski

A sam o sobie myślisz: osiągnąłem sukces?
Tak, zdecydowanie tak! Największym z nich jest to, że ludzie chcą płacić, żeby posłuchać jak się mądrze (śmiech).

Jakie są twoje silne strony?
Zdradzę ci w sekrecie, że mam tylko jedną wadę. Jest to brak zalet. (śmiech).

A na poważnie? Z czego jesteś dumny?
Z naprawdę wielu, ale to wielu rzeczy jestem dumny i uważam je za sukces. Przede wszystkim – zarabiam, mimo pandemii, z miesiąca na miesiąc coraz lepiej. Pracuje także coraz mądrzej i tracę coraz mniej czasu, bo potrafię się coraz lepiej zorganizować. Każde szkolenie, każdy występ na konferencji, każda pozytywna recenzja e-booka czy tekstu, który publikuje jest dla mnie tak samo ważna i to te małe sukcesy, to że personalnie komuś udało się pomóc w zwiększeniu sprzedaży, zrozumieniu social media czy promocji produktu, są dla mnie najważniejsze. Za sukces uważam też to, że wygrałem z nowotworem.

Temat twojej choroby przewinął się na twoim blogu w dość lakoniczny sposób.
Kiedy zdiagnozowano u mnie nowotwór szczęki, myślałem że świat mi się wali na głowę. Dlatego nie uśmiecham się teraz często. Kiedy walczyłem z chorobą chciałem zapomnieć o bólu, także tym własnego istnienia. Zamiast wziąć byka za rogi, uciekałem. Próbowałem zapomnieć. Nie poświęciłem się w całości walce z chorobą. Wolałem ucieczkę, zamiast polegania na obcych ludziach – lekarzach, przyjaciołach, rodzinie, ale przede wszystkim na samym sobie. Od początku diagnozy, wszystkim osobom, które wiedziały, mówiłem że „to taka grypa, ale z silniejszymi lekami”. Nie opowiadałem o tym publicznie, wiedziała jedynie garstka osób. Nie chciałem onkologicznej gloryfikacji oraz współczucia i litości. Chorobę pokonałem samodzielnie i nauczyłem się, że mimo wszystko jestem nie do zdarcia.

A jesteś?
Jestem! Nawet, mimo tego że w październiku ubiegłego roku zaliczyłem próbę samobójczą. Miałem silny epizod depresyjny z załamaniem nerwowym, nie dźwignąłem swoich sukcesów, w dodatku wychodziłem z bardzo toksycznej relacji, w której padłem ofiarą gaslightingu. Ale od tego czasu epizodów depresyjnych już nie miałem, każdego dnia kocham siebie ponownie coraz bardziej i doceniam to kim jestem, i jaki jestem.

Nauczyłeś się nie mieć pretensji do siebie samego?
Tak, często to powtarzam, że muszę się od siebie odpierdolić (śmiech). To była dla mnie trudna sztuka do opanowania, żeby nieco zluzować, żeby umieć się od siebie odpieprzyć. Zwłaszcza, że cały czas wydaje nam się (także i mi), że osiągnęliśmy za mało. Świat i tak narzuca wystarczająco dużo presji na bycie ładniejszym, silniejszym i mądrzejszym. W tym wszystkim zapominamy, że to jacy jesteśmy w zupełności powinno wystarczyć do tego, żeby być kochanymi, odnosić sukcesy, żyć dobrze.

Po chorobie coś zrozumiałeś? Coś zmieniłeś?
Daję sobie czas i miejsce na to, żeby moje baterie były wyładowane, a głowa pełna różnych myśli. Staram się z nimi skonfrontować. Tutaj nie ma magicznego sposobu i drogi na skróty. To co pomaga to robienie sobie regularnie cyfrowego detoksu i wyjazd na łono natury, totalne odłączenie się od cyfrowego świata, nabranie dystansu i złapanie szerszej perspektywy na wiele spraw. A jeśli nie mogę wyjechać, a chce coś z siebie wyrzucić – piszę piosenki, bawię się w komponowanie muzyki i śpiewam. Od dwóch lat prowadzę także dziennik, w którym wszystko zapisuję, także myśli i emocje i nazywam je, co pomaga mi się z nimi uporać.

W czasie kryzysu wywołanego pandemią pojawiało się wiele wpisów, kiedy właściciele agencji którzy jeszcze dwa miesiące wcześniej publicznie chwalili się dwucyfrowymi liczbami klientów w momencie kryzysu zmienili dyskurs, ciesząc się np. z możliwości zawieszenia składek w ZUS. Dziś dużo jest takich firm-wydmuszek?
Przyznam, że sam spanikowałem, kiedy zacząłem w marcu tracić zlecenia, szkolenia i konferencje i taki wpis popełniłem. Tylko, że ja wiedziałem, że nadal będę miał z czego żyć – skromniej, bo skromniej, ale będę. Bardzo wiele firm stosuje zasadę “fake it, till you make it”. Zaklinają rzeczywistość, piszą ilu tu klientów nie mają, jak sobie świetnie radzą, jakie wielkie zespoły budują. A potem się okazuje, że Ci klienci to tak naprawdę liczeni są z pobrań darmowego ebooka albo, że to jeden duży klient, który dostarcza 80 proc. dochodu i dwóch małych.Więc jak taki klient odejdzie, wiadomo firma znajduje się na skraju upadku i zamknięcia.

A co sądzisz o branży marketingowej i kryzysie. Czy de facto koronawirus spowoduje, że przetrwają faktycznie najlepsi? Może dzięki temu rynek się w końcu oczyści z pseudospecjalistów?
Wydaje mi się, że rynek już weryfikuje kto jest ekspertem i specjalistą, a kto nie. Wystarczy nawet w pandemii popatrzeć, kto i gdzie szkoli online i jak często.

Dużo jest osób które próbują się kreować, ale powielają kardynalne błędy np. na swoich szkoleniach?

Zbyt wielu (śmiech). Ale, hej! Mam po kim poprawiać, co znaczy że i tak hajs się zgadza (śmiech)! Teraz z Moniką Czaplicką, ekspertką od social media, robimy co tydzień program #BoollshitHunters, w którym takie błędy dementujemy. I im bardziej zagłębiamy się w eksperckie blogi, tym szerzej otwierają nam się oczy na to jaką ściemą różnego typu specjaliści wciskają swoim czytelnikom i klientom.

A co to znaczy dobry ekspert? Jakie ma cechy?
Dziś łatwo sprawdzić kto z kim, po co i dlaczego pracuje. Wystarczy zobaczyć rekomendacje, poszukać case studies, opinii czy przejrzeć profil na LinkedIn.

Blog to trochę złoty środek pomiędzy jednym, czyli dziennikarstwem, a drugim, czyli marketingiem?

Pisanie na blogu traktuje nie tylko jako coś dzięki czemu mogę sprzedawać, budować własną markę, ale także sprawia mi to radochę i umówmy się, działa terapeutycznie. Mogę też przemycać ważne dla mnie rzeczy w każdym tekście.

Jeśli pisanie tak na Ciebie działa, dlaczego właściwie rzuciłeś dziennikarstwo?
Z dwóch prostych powodów. Po pierwsze się wypaliłem, a po drugie musiałem mieć z czego żyć. Trochę straciłem wiarę w to co robię i w to, że dziennikarz ma zmieniać świat. Odszedłem zaraz po katastrofie Smoleńskiej. Obskakiwałem pogrzeby i czułem się z tym źle. Dodatkowo zbiegło się to z obniżkami pensji i wierszówek. I nie powiem, ale po ludzku musiałem mieć, co włożyć do garnka. Na chwilę przeszedłem jeszcze do redakcji Polska The Times, gdzie pracowałem w dziale zagranicznym i Echu Miasta, ale nie była to praca, która delikatnie “satysfakcjonowała”. Spisywanie relacji z innych mediów, redagowanie depesz z PAP-u, robienie reportaży na podstawie głównych wydań Timesa, podpisywanie się wymyślony nazwiskami, żeby redakcja wydawała się większa. Dlatego koniec, końców zwyciężył marketing i sprzedaż.

Jak oceniasz z twojej perspektywy to co w tych mediach się obecnie dzieje? Jesteśmy w czasie kiedy mnóstwo redakcji ścina zatrudnienie i płace. Ty podjąłeś tę decyzję by odejść m.in. ze względu na kwestie finansowe lata temu.
Media mainstreamowe przeżywają kryzys. Trudno mówić o dziennikarzach. W portalach pracują raczej media workerzy. Wielu z nich nie czuje misji, goni za tanią sensacją, bo kliki napędzają wierszówkę. Jest to przykre. Ale powstają też wspaniałe projekty jak Outriders, który robi Kuba Górnicki. I takie projekty szanuję, wpłacam na nie kasę, z przyjemnością czytam i oglądam.

Myślisz, że twój powrót do mediów byłby możliwy?

Kocham marketing, social media i szkolenia, spełniam się. Ale wiesz, nie jest tak że nie tęsknie za byciem dziennikarzem. Tęsknie za tą przygodą. Za odkrywaniem czegoś nowego. Za rozwiązywaniem tajemnic. Za wyciąganiem przepięknych, wzruszających historii na światło dzienne, których nikt inaczej by nie zauważył. Zresztą uważam, że znajomość social media i marketingu teraz by mi pomogła, gdybym do dziennikarstwa chciał wrócić – pomogłaby mi lepiej opowiadać historie, łatwiej docierać do ludzi i bardziej ich angażować w rzeczy ważne, zamiast błahe, pudelkowo-plotkowe. Ale odpowiadając wprost. Żebym do mediów wrócił, to musiałbym albo sam stworzyć coś nowego (na co póki co sił przerobowych mi brak) albo dostać naprawdę dobrą, interesującą propozycję współpracy. Tak dobrą, że poświęciłbym to, co budowałem ostatnich kilka lat.

Rozmawiał Piotr Zieliński

Linkedin – profil Grzegorza Miecznikowskiego
Blog Grzegorza – link

Grzegorz Miecznikowski znany ekspert

Grzegorz Miecznikowski – Tworzy strategie sprzedażowe oraz plany komunikacji B2B w mediach tradycyjnych, internetowych i społecznościowych. Współpracował z wieloma firmami z branży FMCG, healthcare, e-commerce, sportowej, IT i nowych technologii. Prelegował i szkolił w Polsce i za granicą. Łącznie przeszkolił już kilknaście tysięcy osób ze sprzedaży i marketingu. Został uznany za jedną ze stu najbardziej inspirujących osób w polskiej branży interaktywnej.
Dysponuje bogatym doświadczeniem dziennikarskim, które zdobywał w Gazecie Wyborczej, Polsce The Times oraz portalu Gazeta.pl.
Prelegował i szkolił w Polsce i za granicą na takich wydarzeniach, jak.: V4 Digital Day, Startup Bootcamp, Startup Digest, Innovation Lab, Idea Hub, Wolves Summit, Innovation AD, Idea Hub, Marketing Meeting Łódź, Czwartkowe Spotkania Social Media, Komu Komunikacja, PR bez Krawatów, Wykładzina, Jungle Web Łódź. Jest także mentorem biznesowym, m.in. w serwisie Lifetramp.
Na co dzień jest CEO agencji S Words. Założył ją w 2014 roku i była wtedy to pierwsza na polskim rynku agencja integrującą sprzedaż i marketing. W ofercie agencji znajdują się teraz także konsultacje, business development, szkolenia, audyt strategii marketingowej i sprzedażowej oraz jej optymalizacja. Moje działania to także marketing LGBT, marketing to foreigners czy PR Concierge.
Studiował Filologię Ukraińską na Uniwersytecie Warszawskim. Z marketingiem i sprzedażą związany jest od prawie dekady. Mieszkał i pracował m.in. w Kijowie, Brukseli i Londynie. Jest aktywistą LGBT+, tenorem w chórze Voces Gaudii oraz członkiem zarządu Stowarzyszenia Voces Gaudii.

kopiuj tekst pobierz jako docx

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.